Skip to content

Hotel Indigo. Restauracja Filipa 18

Po sobotniej, bardzo udanej degustacji, w restauracji Copernicus, w niedzielę wybrałyśmy się do kolejnego krakowskiego hotelu. Tym razem udałyśmy się do restauracji Filipa 18, działającej przy Hotelu Indigo na Starym Kleparzu.

Restauracja funkcjonuje pod hasłem food-wine-art. Wydawać by się mogło, że to miejsce idealne dla nas. W teorii fajny nowoczesny dizajn, dobre jedzenie, a do tego solidny wine pairing. Czego chcieć więcej? Niczego! Tyle, że ten marketingowy slogan reklamowy, zapowiadający idealny niedzielny wieczór, ostatecznie się nie zmaterializował. Degustacja okazała się dużym niewypałem. Ale po kolei.

W ramach wydarzenia fine dining week, restauracja oferowała 2 zestawy degustacyjne. Niestety na 5 pozycji, różniły je tylko dwa dania, które chyba miały stanowić wege alternatywę dla zestawu głównego.

Na początek, w obu przypadkach zaserwowano dobrego matjasa w zaprawie z jabłka, musztardy, miodu i kurek oraz opalone wiejskie pieczywo i masło z czarnuszką. Jak zauważyłam, to danie było najczęściej fotografowanym talerzem na tej kolacji. Najpewniej za sprawą odważnej prezentacji w naczyniu stylizowanym na rybną konserwę.

Drugą przystawką był, wydzielający niezwykle mocny i nieprzyjemny zapach (poetycko próbuję przekazać, że w całej restauracji śmierdziało zepsutym mięsem), boeuf stroganow z polędwicy wołowej z pianą z mleka. Danie smakowało trochę lepiej niż pachniało, ale w szerszym rozrachunku, nie uznaję tej propozycji za udaną. Z drugiej strony stołu, nie było lepiej. Pierogi duxelle z bulionem grzybowym czyli grube, twardawe ciasto, a do tego słaby pieczarkowy farsz.

Po przystawkach był remis. Po nich, powinnam przejść do opisu dań głównych, ale zrobię teraz pauzę. Taką samą, jaką nam zaserwowano na miejscu. Degustacja była bardzo źle skoordynowana, a w połowie serwisu kuchnia całkiem się zawiesiła. Wyczekiwanie na kolejne dania były do tego stopnia koszmarne, że przeszła mi przez głowę myśl, aby zrezygnować z dalszej części kolacji. Pierwszy raz w życiu! W sali było gorąco, nie włączono klimatyzacji, grała drażniąca zapętlona muzyka. Do tego lunchowy, ciasny rozstaw stolików. Obcy ludzie, zostali zmuszeni do współdzielenia niezręcznej ciszy i tego przeciągającego się w nieskończoność oczekiwania. Podczas tej degustacji, częścią finediningową sali zajmowała się tylko jedna (sic!) kelnerka. Bardzo sympatyczna dziewczyna, która za wszelką cenę próbowała ratować gęstniejącą atmosferę. Jednak bez większej szansy na powodzenie.

Wróćmy jednak do menu degustacyjnego. Pierwszy daniem głównym w obu wersjach menu był poprawny i smaczny filet z pstrąga duszony w maśle, a do tego niestety słaby gołąbek z kaszą jaglaną, podlany consomme z pomidorów z emulsja z pietruszki. Drugie danie główne to z jednej strony pierś z kaczki, piernik z piwem i kardamonem oraz sos z czerwonego wina. W drugiej wersji menu szef kuchni zdecydował się na placek ziemniaczany z kwaśną śmietaną, koprem i smażonym jajkiem przepiórczym. W moim odczuciu, trochę skromna propozycja, jak na danie główne.

Na deser zaserwowano nam mus z ciemnej czekolady z owocami. Czekolada została wyciśnięta z rękawa w kształt, nazwijmy to, ślimaka. Przy takiej prezentacji, fekaliczne skojarzenie było na tyle naturalne, że przy każdym stoliku można było usłyszeć podobny dezaprobujący komentarz.

Po 2 godzinach dyskomfortu i wątpliwych przyjemności kulinarnych, z ogromną ulgą zapłaciłyśmy za drinki. Mimo niezadowolenia ze słabej degustacji, solidnie wynagrodziłyśmy kelnerkę mając poczucie, że ktoś wypuścił ją na minę i należy się jej jakaś rekompensata.Z radością opuściłyśmy hotel, pewne że już tu nie wrócimy!

fine dining weekmatjasboeuf stroganowpolskie pierogipstragkaczkablinydeser czekoladowyczekolada z owocami

Nie przegap kolejnych wpisów. Zapisz się do newslettera.

%d bloggers like this: